8 mitów na temat oszczędzania

Człowiek nie jest maszyną – nie zawsze podejmuje racjonalne wybory. Co gorsza, często podejmując zupełnie nieracjonalne decyzje, staramy się sami przed sobą usprawiedliwić, wymyślając mniej lub bardziej wiarygodne wymówki. Tak powstają mity, którymi karmimy siebie i innych, usprawiedliwiając własną głupotę. Oto 8 mitów na temat oszczędzania, czyli powodów, na które zwalamy winę za fakt, że na koniec miesiąca nasze konto świeci pustkami.

1. Zarabiam tak mało, że nie mam z czego oszczędzać – to jeden z najbardziej rozpowszechnionych mitów i wbrew pozorom nie dotyczy osób najgorzej sytuowanych. Osoby, które faktycznie utrzymują rodzinę za minimalną pensję żyją z ołówkiem w ręku, analizują i tną każdy niepotrzebny wydatek, bo zdają sobie sprawę z tego jak skromny mają budżet do dyspozycji. Znam osobę, która przez pewien czas utrzymywała dwuosobową rodzinę za mniej niż 1500 zł miesięcznie i gospodarowała tak, że zawsze na koniec miesiąca zostawało im 100-200 zł. Można? Można! Najczęściej ten mit dotyczy osób, które zarabiają całkiem rozsądne kwoty i szybko rozkręcają się w wydatkach.

O ile budżet dwuosobowej rodziny na poziomie 5000 zł brzmi o wiele lepiej niż wcześniej przywoływana kwota 1500 zł, to w przypadku obciążenia go kwotą 2000 zł miesięcznej raty za mieszkanie, 800 zł raty za samochód i regularne stołowanie się w restauracjach powodują, że może być on o wiele bardziej trudny do utrzymania w ryzach. Bez względu na to ile się zarabia, należy tak regulować swoje obciążenia, żeby na koniec miesiąca zostawało. Choćby i 100 zł na początek.

2. Nie mogę zrezygnować z wydatków – czyli np. „muszę spłacać kredyt hipoteczny i nie mogę pozbyć się tego obciążenia”. Owszem, koszty dzielimy na stałe i zmienne. Stałe to są te, które musimy płacić co miesiąc, czy co kwartał, choćbyśmy nawet nie wychodzili z domu. Tak jest np. z ratą kredytu hipotecznego – bank nie wnika, czy mieszkamy w tym mieszkaniu, czy je wynajmujemy, czy mamy pracę, itd. Płacić trzeba. Koszty zmienne bardzo łatwo regulować – wychodzę do kawiarni na kawę i z portfela znika 12 zł. Przestaję co drugi dzień zamawiać pizzę na telefon i okazuje się, że po miesiącu w portfelu zostało kilkaset złotych.

Ale jeżeli ktoś nie grał w karty na choćby najbardziej podstawowym kursie ekonomii, ten wie, że w dłuższym okresie czasu wszystkie koszty są zmienne. Co to znaczy? Że każde zobowiązanie można zmienić lub z niego zrezygnować. Nie masz pracy przez kolejny miesiąc, a oszczędności topnieją? Sprzedaj samochód, za który musisz płacić wysokie raty i zastąp go używanym autem za dużo mniejszą kwotę albo przesiądź się do komunikacji miejskiej. Nowy samochód w Polsce jest naprawdę luksusem dla nielicznych, a jeżeli potrzebujesz dojeżdżać do pracy, to za 10 tys. zł możesz kupić używane auto w rozsądnym stanie. Straciłeś pracę i po długim okresie poszukiwań znalazłeś nową ale z niższą pensją? Przemyśl, czy na pewno musisz mieszkać w dotychczasowym mieszkaniu. Może warto je sprzedać i kupić mniejsze, albo w dalszej dzielnicy, dzięki czemu twoje miesięczne obciążenie zmaleje? To są oczywiście przykłady, ale pokazuję, że z każdego zobowiązania w dłuższym okresie czasu można zrezygnować lub je zmniejszyć.

3. Mam pecha – wyskakują mi niespodziewane wydatki – OK, zgadzam się, że są przeciwności losu, które spadają na ludzi i amerykańskie „keep smiling” i poradniki „Jak być kowalem własnego losu, zostać milionerem w weekend i szczęśliwym człowiekiem” nie wystarczą. Mówię tu o wypadkach, chorobach nowotworowych, rzeczach które spadają jak grom z jasnego nieba. Tutaj można próbować ratować się ubezpieczeniem na życie, ale generalnie trudno oczekiwać poprawienia swojej sytuacji finansowej w takiej sytuacji.

Ale mówimy o ekstremalnych zdarzeniach. 99% osób o pechu i niespodziewanych wydatkach mówi w przypadku: naprawy samochodu, potrzebie opłacenia ubezpieczenia albo kupnie podręczników dla dzieci. Znakomita większość tych sytuacji jest możliwa do przewidzenia i zebrania na nie środków. W każdym samochodzie co roku trzeba zmienić olej i kupić ubezpieczenie OC, co kilka lat kupić opony, a dzieciom co wrzesień trzeba kupić podręczniki i zeszyty. Jeżeli ktoś zaplanował swój budżet i ma odłożone pieniądze (50 zł miesięcznie odkładane na ubezpieczenie samochodu boli mniej, niż jednorazowa płatność 600 zł, której można było się spodziewać) również na niespodziewane wydatki (np. 100 zł miesięcznie na niespodziewane awarie w samochodzie daje 1200 zł rocznego budżetu – to całkiem spora kwota), ten nie będzie za każdym razem dostawał ataku serca, kiedy okaże się, że w danym miesiącu są jakieś większe wydatki.

Urzekło mnie kiedyś durne zdanie z głupiej kolorowej gazety: „Anna Ibisz lubi niespodzianki, ale woli być na nie przygotowana”. Bierz przykład z Anny Ibisz i przygotuj się na niespodzianki finansowe. Będą kosztowały cię mniej nerwów.

4. Niewielkie oszczędności nie mają sensu – owszem, jest pewien poziom oszczędności, poniżej którego nie mają sensu. Na pewno nie pojechałbym na drugi koniec miasta, żeby kupić jajka o 10 groszy taniej za sztukę. Szkoda czasu, a wyprawa samochodem byłaby pewnie droższa (paliwo!) niż zaoszczędzona kwota.

Ale nie poddawajmy się tak łatwo. Chciałbym pokazać niewielkie oszczędności, które mogą mieć sens. Załóżmy, że czteroosobowa rodzina robi następujące kroki:

– rezygnują z telewizji kablowej, dzięki czemu miesięcznie oszczędzą 40 zł

– lepiej dobiorą taryfy w telefonach komórkowych, dzięki czemu każda osoba zmniejszy swój rachunek telefoniczny o 15 zł miesięcznie

– zmieniają dostawcę prądu, co przekłada się na 10 zł miesięcznie oszczędności.

Te niewielkie zmiany generują miesięcznie 110 zł miesięcznie oszczędności (40 zł + 4 x 15 zł + 10 zł). To nadal nie jest oszałamiająca kwota, ale w skali roku daje już: 12 x 110 zł = 1320 zł. A za tą kwotę można już np. kupić średniej klasy nowy rower, lub dwa tańsze używane. Czy w takim razie niewielkie oszczędności nie mają sensu? Te zupełnie groszowe pewnie nie, ale duża ilość niewielkich oszczędności może przełożyć się na całkiem konkretne sumy w domowym budżecie.

5. Pieniądze się mnie nie trzymają – to jedna z najbardziej beznadziejnych wymówek. Dlaczego jednych „pieniądze się trzymają” a innych nie? To nie pieniądze są winne, tylko my – ich posiadacze. To my rozrzutnie wydajemy je na mniej lub bardziej potrzebne rzeczy. I to od nas zależy ile i na co wydamy. To my decydujemy, czy pieniądze będę się nas trzymać, bo pieniądze nie mają mocy decyzyjnej i przestańmy się w ten sposób oszukiwać.

6. Pieniądze rozchodzą mi się nie wiadomo na co, więc nie mogę nic oszczędzić – to akurat nie jest tak do końca mit, ale prawda. Jeżeli nie wiem jakie są moje miesięczne obciążenia i bieżące wydatki, nie kontroluję na co wydaję, to po prostu na koniec miesiąca mam puste konto, a pieniądze zostały wydane nie wiadomo na co. A może na kawki na mieście po 12 zł sztuka? Albo na pizze po 40 zł? Albo na rachunek za prąd za cały czas włączony telewizor? Trzeba określić swój budżet.

Żeby zapanować nad wydatkami, trzeba je najpierw zinwentaryzować, czyli określić ile i na co wydaje. „You can’t measure it – you can’t manage it”, czyli jeżeli nie możesz czegoś zmierzyć, nie możesz tym zarządzać. Zacznij od wypisania swoich comiesięcznych stałych zobowiązań – czynsz, rachunek za prąd i gaz, opłata za telefon, itp. Następnie (wiem, że to dość nudne i trochę bolesne) przez cały miesiąc zbieraj paragony i notuj wydatki. Przyznaję, że nie robię tego co miesiąc, ale od czasu do czasu, gdy coś mnie niepokoi, albo po prostu chcę sprawdzić, czy coś się zmieniło w stanie moich finansów. Wbrew pozorom, to nie jest takie trudne – wystarczy wrzucać do portfela paragony ze sklepów, w domu odkładać je do szuflady i raz w tygodniu wpisać na kartkę lub do arkusza kalkulacyjnego (co kto woli). Dla mnie taka akcja ma dodatkowy pozytywny skutek – sam fakt notowania wydatków, powoduje, że wydaję mniej. Bo pamiętam, że każdy zakup trafia na moją listę.

Jeżeli będziesz miał notatki z całego miesiąca, dowiesz się, na co tak naprawdę rozchodzą się twoje pieniądze.

7. Życie jest krótkie, oszczędzać będę w przyszłości – nie, nie będziesz. Jeżeli dzisiaj nie nauczysz się panować nad swoimi wydatkami i budżetem, to ciężko oczekiwać, że np. w wieku 60 lat, zaczniesz oszczędzać. Poza tym wtedy orzekniesz, że życie jest jeszcze krótsze (co jest logiczne, bo jako trzydziesto-, czy czterdziestolatek masz jeszcze więcej życia przed sobą) i możesz zdecydować, że będziesz wydawać jeszcze więcej. O ile będziesz miał co, bo być może po drodze twój brak dyscypliny finansowej doprowadzi cię do ruiny.

Masz dzieci? Co chcesz im po sobie zostawić? Własnościowe nieruchomości, akcje i gotówkę, czy długi do spłacenia? Czego chcesz nauczyć swoje dzieci? Wydawania wszystkiego co mają? Życie jest za krótkie, żeby nie oszczędzać. Może się okazać, że dojdziesz do tego zbyt późno i nie zdążysz naprawić błędów z przeszłości.

Niektórzy twierdzą, że młodość jest od tego, żeby się wybawić i wyszaleć. Owszem, ale raczej nie powinno się to wiązać z gigantycznymi wydatkami. Ważniejsze jest spotkanie się w dobrym towarzystwie, chętnie przy jakiejś butelce. Niekoniecznie muszą to być wakacje na Malediwach w pięciogwiazdkowym hotelu.

8. Zarabiam dobrze i stać mnie na wydatki – tutaj mam jeden prosty przykład, że w zarządzaniu finansami osobistymi mniej ważne od przychodów są wydatki. Mike Tyson, bokser, w trakcie swojej wieloletniej kariery zarobił 300 mln dolarów. To jest ok. 1 mld zł. Z takim majątkiem w Polsce można znaleźć się w pierwszej dwudziestce najbogatszych ludzi w kraju. Ogromne pieniądze.

I co? W 2003 roku ogłosił bankructwo. Powodem były oczywiście gigantyczne wydatki – mimo tak dużych przychodów miał kilkadziesiąt milionów dolarów długów – w bankach, urzędzie skarbowym, a także u byłych małżonek. Mimo złej sytuacji Tyson nadal kupował sobie oraz znajomym luksusowe samochody, apartamenty, futra czy zegarki. Rekordem było przepuszczenie 600 tys. dolarów w kasynie w ok. godzinę.

Nieważne ile zarabiasz, ważne ile wydajesz. Co z tego, że miesięcznie na twoje konto wpływa 50 tys. zł (pensje na takim poziomie pobierają prezesi dużych spółek), jeżeli rata za dom wynosi 20 tys. zł, rata za samochód wynosi 10 tys. zł, a tzw. bieżące utrzymanie pochłania kilkanaście tysięcy. Wystarczą kłopoty ze zdrowiem, albo banalne zwolnienie z pracy i szybko może się okazać, że bycie  „milionerem na kredyt” to stąpanie po cienkim lodzie.

To mój subiektywny wybór ośmiu mitów dotyczących oszczędzania. Uważasz, że coś pominąłem? Napisz proszę w komentarzach.

Uważasz, że ten wpis ma sens i może komuś pomóc? To zalajkuj na Facebooku. Dzięki!

 

5 myśli na temat “8 mitów na temat oszczędzania”

  1. Bardzo fajny artykuł.
    Wniosek jest jeden należy planować budżet domowy nie tylko w ujęciu krótkoterminowy ale również w dłuższej perspektywie. Postawiony cel znacznie ułatwia oszczędzanie.

  2. no muszę powiedzieć, że całkiem sensownie mówisz ;p takie głupie tłumaczenia są bardzo częste i każdemu się zdarzają od czasu do czasu, jednak powinniśmy wiedzieć, że są zupełnie bezsensowne i na pewno nie pozwolą nam kompletnie nic zaoszczędzić ;p nawet niedużych kwot ;p fajny wpis, pozdrawiam :)

  3. Bardzo Fajny wpis. Czytajac wiele blogow o oszczedzaniu zastanawiam sie ile trzeba miec w sobie determinacji.. Nawet dzis wchodzac do sklepu myslalem nad zakupami na sniadanie i oszczedzaniu.. Fajna sprawa Gratulacje sukcesu poniewaz mimo wszystko nie jest to proste…

    1. Dzięki. Wiesz, determinację, to trzeba mieć, żeby skończyć maraton albo ukończyć triathlon. A rozsądne oszczędzanie to po prostu podejmowanie rozsądnych decyzji na co dzień. Życzę Ci powodzenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *